sobota, 20 lutego 2016

Teatr NIE MA

Wczorajszy wieczór spędziłam w teatrze... w teatrze NIE MA. Wczoraj wystawiany był Hamlet.

Taką oto recenzję znalazłam w sieci - bardzo trafnie o tym co działo się na deskach szczecińskiego teatru napisała p. Katarzyna Stróżyk (Kurier Szczeciński- 'Hamlet bez Hamleta'):

Sztukę Williama Szekspira zna chyba każdy. Historia duńskiego księcia, dworskich intryg, walki o władzę, nieszczęśliwej miłości i dążenia do zemsty to jeden z najczęściej adaptowanych przez teatralnych twórców tekstów. Wcielenie się w głównego bohatera to marzenie każdego młodego aktora i jednocześnie ogromne wyzwanie – to na Hamlecie przecież opiera się cała fabuła przedstawienia. Wydawać by się mogło, że ‚wycinanie’ tytułowej postaci to zabieg niemal samobójczy. Tymczasem – nic bardziej mylnego.”


Teatr NIE MA to autorski teatr Tatiany Malinowskiej-Tyszkiewicz. Siedzibą teatru jest Akademickie Centrum Kultury w Szczecinie.




piątek, 12 lutego 2016

Planeta singli

Dawno nie oglądałam tak dobrej komedii - i to na dodatek polska komedia.
Chyba inaczej spojrzę teraz na randki w sieci... bo miłość można znaleźć wszędzie ;)
A film... taki jaka powinna być komedia romantyczna. Kilka chwil wzruszenia i dwie godziny śmiechu.  Doskonała obsada - niektórzy twierdzą, że znowu te same twarze - ja uważam inaczej, skoro te twarze się sprawdzają to niech pokazują je częściej. Ten film jest dowodem na to, że w Polsce też można nagrać dobrą komedię. Polecam - nawet bardzo polecam. I czekam kiedy będę mogła obejrzeć film ponownie - tym razem w TV.

środa, 10 lutego 2016

Liga mistrzyń... Chemik – Fenerbahce

Zaproszenia do strefy vip... będą emocje. I były - tylko czemu złe. Od samego początku królowały Turczynki. Królowały w pierwszym secie. Królowały w drugim secie. Królowały w trzecim secie. Kibicowałam całym sercem. Na nic to się zdało. Chemik przegrał. Za to wygrała oprawa. Klub kibica wspierał siatkarki Chemika Police najlepiej jak tylko umiał. Sektor żołnierzy inspirował pozostałą część widowni - panowie wiedzą jak rozruszać publiczność. Liczę na to, że kolejny mecz będzie nie tylko pokazem genialnej oprawy ale także świetnej gry naszych siatkarek.



poniedziałek, 8 lutego 2016

Ogrzewacz - by rączki nie marzły

Dziś dostałam prezent - ogrzewacz do rąk. Jednak początki jego użytkowania nie zapowiadały sukcesu. Czytam instrukcję obsługi (czyli postępuję zupełnie nie jak statystyczny Polak): "wygnij kilkukrotnie metalowy dysk wewnątrz ocieplacza". Wyginam - raz, drugi, trzeci, dwudziesty... nic. Od samego wyginania zrobiło mnie się gorąco - więc może o to chodziło. Zgrzać się przy wyginaniu. Żel miał się skrystalizować. A on jaki był taki jest. Ciecz. To wyginam dysk dalej. Przestałam liczyć wygięcia. I w końcu żel zaczyna zmieniać się w solankę. Ogrzewacz twardnieje i robi się ciepły. Zadziałało. Nagrzał się do wysokiej temperatury. Ocieplacz trzymał temperaturę przez około 15 minut. Świetny gadżet. Polecam wszystkim, którym zimno. W każdym razie dla mnie on będzie stałym wyposażeniem torebki. Skoro kobieta w torebce ma wszystko.


niedziela, 7 lutego 2016

500km w weekend

Weekendowa wycieczka autem nasuwa kilka refleksji. Sprowadzają się one do wszystkim znanego problemu: brak dróg dwupasmowych i obwodnic miast. Niektóre odcinki trasy są wręcz koszmarem dla kierowców. Uroku temu dodają wariaci drogowi. Moimi faworytami w tym zakresie są wyprzedzający na "trzeciego" tam gdzie jest zakaz wyprzedzania - to ci spieszący się by mieć swoje święto drugiego listopada. Do tego jeszcze kilku rowerzystów i motorowerzystów bez oświetlenia - jadący po zmroku... Uwielbiani przeze mnie kierowcy, którzy nie używają kierunkowskazów. Ci którzy na trasie robią sobie wycieczki krajoznawcze - 60 km/h tam gdzie jest 90. I numer jeden dzisiejszego przejazdu - tatuś, który z synkiem stał przy przystanku autobusowym, teren niezabudowany, bez chodnika... Tatuś chyba zapomniał, że ma dziecko pod opieką - bo chłopiec mało co by nie znalazł się pod kołami mojego auta. W tym momencie rola kierowcy traci na uroku. O ile byłoby przyjemniej gdybyśmy mogli przemieszczać się po drogach przystosowanych do ilości aut i natężenia ruchu. Ale tego w najbliższym czasie niestety nie doświadczymy.

piątek, 5 lutego 2016

Poczta Polska

Że popołudniami na poczcie zawsze kolejka postanowiłam iść wysłać listy przed południem. Już idąc ulicą zobaczyłam że w środku jest tłoczno. Rzeczywiście ludzi było sporo. I to w każdym przedziale wiekowym. Usiadłam i czekam... Podczas tego czekania wiele się dowiedziałam.

Kilka starszych pań rozmawiało o swoich chorobach - aż trudno uwierzyć, że osoby w takim wieku z tyloma poważnymi chorobami wyglądały tak dobrze, i miały tyle siły by dźwigać ciężkie torby z zakupami. Panie licytowały, której choroba jest gorsza oraz która miała ciekawsze doświadczenia ze służbą zdrowia. Tym sposobem załapałam się na dość sporą dawkę wiedzy medycznej :)

Kręcące się dzieci nauczyły mnie, że nie należy pastować butów przed wyjściem na pocztę. Niezbyt praktyczne jest też ubieranie czarnych spodni. Poza tym dzieci też wymieniały się informacjami na temat postaci z bajek... Ten temat jednak był zbyt trudny - nie zapamiętałam żadnej nazwy (swoją drogą kto wymyśla takie dziwne imiona dla bajkowych stworków). Lekcja z bajek jest do powtórzenia.

Wszystko odbywało się w tle narzekania na długi czas oczekiwania.

Co na to obsługa? Nic. Niektóre panie są niereformowalne - prawdopodobnie na poczcie rozpoczęły pracę jeszcze w PRLu i te umiejętności odtwarzają do dziś. Czyli obsługują wolno, zapytają o pogodę, podyskutują skąd ten list ... przecież mają czas, im się nigdzie nie spieszy. A ty człowieku czekaj słuchając opowieści o chorobach i bajkach. Żeby chociaż krzesełka były wygodne...


czwartek, 4 lutego 2016

Pączkomania

Nie ma co ściemniać - mnie też ogarnęła. Bo jak inaczej nazwać fakt, że w dzień wolny od pracy z samego rana (przed 9) byłam w cukierni po pączki. Tego nie da się wytłumaczyć w żaden inny sposób. Ogarnięta pączkomanią zakupiłam sporą ilość do domu, ale też i symboliczne dla tych, których dziś odwiedzałam. Tym sposobem z cukierni wychodziłam z dwiema reklamówkami pączków i symboliczną ilością faworków. Zafundowałam sobie dzień obżarstwa. Od razu ciśnie się pytanie: ile ona ich zjadła? Do tego już się publicznie nie przyznam :) W każdym razie śniadanie i kolacja były pączkowo - faworkowe. Oczywiście deser po obiedzie też był pączkowy. Skoro mamy święto pączka to należy się każdemu wielka uczta pączkowa.


Nowe doświadczenie...

Dziś kolejny dzień rehabilitacji. I w sumie nie byłoby nic do opisywania - raczej mało ciekawe jest pisanie o masowaniu nogi, wyginaniu kolana na wszystkie strony świata. Dzisiaj oprócz standardowych ćwiczeń i masażu rehabilitant zaproponował mi mały zabieg akupunktury... Oczywiście się zgodziłam. Z racji tego, że propozycja była spontaniczna, a wbijanie igieł nastąpiło kilka sekund po niej, nie miałam czasu na wyobrażenia jaki to może ból. I bardzo dobrze. I tak przez te kilka sekund udało mnie się samą siebie nieźle nastraszyć. A w sumie to bardziej nie ja siebie nastraszyłam - tylko moja wyobraźnia. I zanim moja wyobraźnie zaczęła się bardziej rozwijać na temat czekającego mnie bólu okazało się że igły są już wbite w moją nogę. Okazało się że jest to zabieg prawie bezbolesny. Nie wiem nawet czy to uczucie które towarzyszy akupunkturze raczej nie można nazwać bólem. W każdym razie polecam... Mam nadzieję, że przyniesie oczekiwany skutek. A tymczasem kolanko zostało oklejone różowym plastrem :)



środa, 3 lutego 2016

Czy tylko mnie to przeszkadza...

Dziś pełniłam dyżur w firmie... czyli bezpośredni kontakt z klientem :) Bardzo lubię jak przychodzą osoby, które chcą zapisać się na szkolenie. Fajnie też opowiadać ludziom co zyskają na uczestnictwie w szkoleniach.

Wszystko fajnie, jednak czasem pojawia się pewno "ale"

Dziś przyszedł pan. Już na początek nie zaprezentował się zbyt dobrze - najzwyczajniej zapomniał o "dzień dobry". Można na wiele sposobów tłumaczyć sobie brak dzień dobry - tak żeby złagodzić pierwsze złe wrażenie - np. tak go onieśmielił mój widok, że zaniemówił. Można szukać innych wytłumaczeń - jednak to mnie się najlepiej spodobało, i to zostawiam.

Jednak pan zapomniał też by zdjąć czapkę, wyjąć ręce z kieszeni... do kompletu brakowało mi tylko mlaskającej gumy do żucia.

Oczywiście wychodząc nie powiedział do widzenia. Ale czemu ja się dziwię - nie było dzień dobry, to chciałabym do widzenia. Nie wymagajmy zbyt wiele.

I jeszcze by piorunujące wrażenie jakie zrobił na wejściu było utrwalone przeze mnie - pan wychodząc zostawił drzwi do biura otwarte na oścież (mimo iż były wcześniej zamknięte).

Kiedy takie osoby przychodzą i dopytują się o szkolenia najchętniej wskazałabym Savoir vivre i Autoprezentacji... tylko ciekawe ile z tych osób by skorzystało z jakiegokolwiek szkolenia przez nas proponowanego :)

Na dobranoc

Nie sądziłam, że skuszę się na własnego bloga... a jednak. Dobrze, że nigdy się nie zapierałam - bo teraz musiałabym się tłumaczyć. Pozostaje teraz ustalić o czym będę pisać.

Przede wszystkim moje podsumowanie dnia - tego co ciekawego wydarzyło się, gdzie byłam, co widziałam. O Szczecinie i nie tylko.